Home Wasze historie Gdzie cisza panuje


Tutaj możecie przeczytać o osobach takich jak wy.

Możecie również napisać do nas swoją historię.
Tekst i zdjęcia prześlijcie na adres redakcji.
Najciekawsze historie zostaną opublikowane w piśmie.

Gdzie cisza panuje


Dominika Szot

Jest taki dowcip o powodzi w prowincjonalnym miasteczku. W czasie ewakuacji wojsko puka do kaplicy i namawia księdza do ucieczki. Ten, pewien swoich zasług i uczciwości, odpowiada, że nigdzie nie idzie, bo wierzy w boską opatrzność, która go na pewno uratuje. Po trzech godzinach ksiądz siedzi na ostatnim piętrze parafii. Podpływa motorówka, a ksiądz to samo, że na pewno opatrzność i tak dalej... Minęły kolejne godziny, ksiądz na szczycie dzwonnicy. Podpływa trzecia łódź. Ksiądz kolejny raz odmawia i już po piętnastu minutach stoi w pretensjach na sądzie bożym.
– Jak mogłeś Boże mnie tak ...

– Jak mogłeś Boże mnie tak zostawić ? – mówi oburzony. – Całe życie wiernie Ci służyłem!!!
Pan Bóg spojrzał na niego chmurnym wzrokiem i rzekł: – Ty się Bolek ode mnie odczep, trzy łodzie po Ciebie wysłałem!
Dwa lata temu byłam niemal standardowym warszawskim szczurem. Niemal – bo sama wychowywałam 5-letniego syna. Miałam pracę w polskim oddziale amerykańskiej korporacji przeżywającej rozkwit, służbowe auto i mieszkanie w Wilanowie. Ważyłam trochę więcej niż indyk, miewałam regularne migreny, widywałam dziecko godzinę dziennie. W oczach tliło się szaleństwo i rozedrganie, a w piersi kołatało mocno nadwyrężone serce. Baterie życiowe na ciemnożółtym – samotna matka w polskiej walce o lepiej i więcej. Czekałam na zmianę. Marzyłam o niej, aż przyszła w środku czarnej zimy. Powiedzieli mi, że będę pracować w siedzibie głównej Nokii i że sama będę odbierać swoje dziecko z przedszkola, bo tak robią wszyscy. Wprost ze szczytu dzwonnicy wskoczyłam do łodzi. Sama z dzieckiem.


BIAŁO TU JAKOŚ I CICHO
Biało tu jakoś.... Aż chciało się powiedzieć za pingwinami, które po długich bojach przedostały się z Madagaskaru na Antarktydę. Jadąc z lotniska około 23ej widziałam opustoszałe, wymarłe ulice. I ta świdrująca uszy i duszę cisza. Kojąca i irytująca jakoś. Powymierali tu, czy co?
Cisza i wszechobecny architektoniczny „późny Gierek”. Pierwszy dzień w pracy pani menadżer rozpocząła w podartych dżinsach podróżnych, z przekrwionymi oczami od przyschniętych soczewek i fryzem zmierzwionym. Tak przywitałam wszystkich. Bagaż doleciał kilka dni później.


W WALCE Z BIUROKRACJĄ
Początkowo nic nie udało mi sie załatwić. Pani urzędniczka na komisariacie była miła, ale charakteryzowała ją właściwa dla urzedników małostkowość, ośli upór i ogólna niechęć do kłopotliwych petentów. Okazało sie że, aby zarejestrować syna, musi być razem ze mną osobiście, a żeby dostać przedszkole musi być zarejestrowany oczywiście. Tyle, że przedszkola nie dostaje się od ręki i sprawa się zapętla. Jak w Hollywood. Ponadto konieczna jest poświadczona notarialnie zgoda ojca na wyjazd i pobyt stały dziecka w Finlandii oraz odpis aktu urodzenia. Negocjacje nie pomogły, więc wycofałam papiery i wściekła poszłam precz. W urzędach na wybrzeżu nie byłam już taka głupia, zaczęłam inaczej – po polsku i wjechałam z gotowym adresem zameldowania. Moja firma wyszukała mi dobry adres i pomogła w negocjacjach. Inaczej byłoby ciężko. Problem w szukaniu mieszkania był tylko jeden. Wszystkie strony z nieruchomościami są po fińsku, czyli tak, jak po chińsku.


TO NIE JEST MOJA ŻONA!
W hotelu w Tallinie rozeźlony Anioł znowu wyrzykiwał wskazując na mnie ku radości gawiedzi.
- To nie jest moja żona!!! - tak jakby nikt nie widział tych cholernych, poszarpanych skrzydeł plączących się bez ustanku między bagażami... Rany boskie! Dotarliśmy w Wielkanoc. Po 12 godzinach i 1000 kilometrach w moim „nowym” Citroenie załadowanym zabawkami dziecka, rowerami i innymi bagażami pod sufit. Przez zadymy śnieżne Łotwy i Estonii, słoneczną i uroczą Litwę i tłoczną Polskę - kłócąc się i dyskutując na temat krzywdy, sumienia, zemsty i przebaczenia - jak to z Aniołem. Słabo widzieliśmy drogę, bo wysiadły spryskiwacze do szyb...  No i nie zdążyliśmy na ostatni prom. W Lany Poniedziałek musieliśmy walczyć o miejsce, bo wszystko było zajęte na kilka dni naprzód. Ja, na „Rumuna”, na moje piękne oczy błagam tego miłego pana i przekonuję, mówie o tym samolocie, co Anioł ma następnego dnia... Niewesoło, bo nagle okazało się, że odcięcie Finlandii od świata to prosta sprawa. Anioł nie wierzył, ale udało sie. Docisnęli samochód kolanem i dwie godziny później byliśmy w Helsinkach.


TAŃCZĄCA ZE SZTANGAMI
W ciągu pierwszego miesięca osadziłam się formalnie. Zauważyłam, że nie używają gotówki, dzieci biegają po deszczu, a kobiety w ósmym miesiącu ciąży podrzucają sztangi na siłowni. Zgadywałam również, że musi istnieć relacja między jakością telefonów, bliskością przystani jachtowej i obecnością wielkich żagli w głównym lobby. Jestem żeglarzem i wiem, że „NAVIGARE NECESSE EST vivere non est necesse”, czyli z grubsza - trzeba wiedzieć dokąd się płynie, a cel nie musi być widoczny. Doświadczyłam siły fińskiego niżu atmosferycznego, który przygniatał wszystkich do biurek ciężarem swojego wielkiego, szarego zadka. Zauważyłam, że nic tak nie irytuje Finów jak arogancja i spóźniająca się wiosna. Mają wtedy w oczach kamienie. Zachwyciłam się moją nową pracą i rzuciłam się w wir nauki. Nie wierzyłam jeszcze wówczas, że nikt mi tutaj nic nie ukradnie, że wszyscy mogą być uprzejmi i że las może być właściciwie wszędzie – nie trzeba jechać na Mazury. Czułam, że pasuję do tego miejsca, ale były ciche zgrzyty w duszy, które wkrótce miały się stać coraz to głośniejsze. Zgrzytała moja polskość, która zderzała się z materią obcej kultury. Poznawałam jej kontur, kształt i smak. To trwa cały czas. Wydawało mi się wówczas również, że nie tęsknię za domem ani nikim, bo zawsze byłam nomadem. Czas pokazał mi jak sromotnie byłam w błędzie. Bardzo brakowało mi dziecka. Pewnego dnia, gdzieś w południowej Polsce, padał marcowy śnieg. Mój synek stwierdził: „To mama przysłała nam ten śnieg z Finlandii”!


ZESTAW PRZETRWANIA
Odwiedziła mnie wówczas przyjaciółka i zarejestrowałyśmy naszą rozmowę.
Co słychać?
- Wieje jak dzikie. Właśnie byłam pogapić sie na morze. Jest granatowosine, a szkwały „chodzą” co parę metrów. Tańczą jak szalone. Cała ta szklana buda (Nokia House), aż się trzęsie.
- No dobrze. To w pracy... dlaczego nie piszesz?
- Nie wiem. Coś mnie ogarnęło… marazm, brak chęci, weny, zobojętnienie. Banał mnie zatkał.
- Zacznijmy od przedszkola. Co się działo w tej sprawie?
- Kilka dni temu zdecydowałam, że zaatakuję również fińskie przedszkola. W okolicy jest ich kilka. Przeraziłam się, jak okazało się, że żadna z pań nie mówi po angielsku i zastanawiałam się, czy nie wyrzucą mojego podania do kosza. Na szczęście tego nie zrobiły. To jest tutaj bardzo dobre. Słowo Fina nie potrzebuje podpisu. To powoduje, że ludzie nie żyją w tak okropnym stresie i w niepewności tysiąca niemiłych niespodzianek niesionych przez codzienność. Jak ktoś powie, że coś się zdarzy, to się zdarzy, a jakby się miało nie zdarzyć, to uprzedza Cię o tym na pewno odpowiednio wcześniej. Doceniam to bardzo. Dziś właśnie rozmawiałam z panią dyrektor tego małego przedszkola. Jej angielski był straszny, ale naprawdę bardzo chciała sie porozumieć i oczywiście udało się. Zebrała cały wywiad dotyczący mojego synka. Wszystko ją interesowało. Pierwszy raz ktoś z przedszkola publicznego ze mną tak rozmawiał o moim dziecku i pytał się mnie o zdanie.
- To chyba dobrze... przejdźmy więc do tego pierwszego miesiąca pobytu tutaj... Co się udało?
- W zasadzie wszystko, co konieczne, żeby tutaj być. Po miesiącu właściwie mogę powiedzieć, że jestem osadzona w sensie formalnym. Zarejestrowana jako rezydent, mam ubezpieczenie, mieszkanie, konto w banku, karty, samochód, który wprawdzie trochę cieknie, ale zakleję silikonem to skubany przestanie, pracę i ustalony w niej rytm, no i właściwie sprawa przedszkola też wydaje się już zamknięta, ponieważ jak powiedziałam „słowo Fina nie wymaga podpisu”, więc jakieś miejsce się znajdzie. Teraz pozostaje tylko żyć.
- Co się nie udało?
- Nie zakończyłam sprawy swojego warszawskiego mieszkania, które pilnie muszę wynająć. Ale zanim wynajmę to muszę dokończyć wykańczanie go. I to sie jeszcze ciągnie.
- Jakieś chwile grozy, dreszcze? Nie bądź taka nudna.
- A były dreszcze. I groza. I magia. W dniu urodzin mojego syna (27.03) wyjechałam w podróż do Tampere. Nigdy wcześniej w życiu nie miałam wrażenia takiej bliskości śmierci. Wszystkie drogi były kompletnie zasypane śniegiem, śliskie, niczym nie posypane. Hamowanie praktycznie nie wychodziło, a każdy zakręt był rosyjską ruletką. Najgorzej jednak było na autostradzie, gdzie huraganowy wiatr raz po raz uderzał w auto, które natychmiast wpadało w śliczny poślizg. W rezultacie przez trzy godziny jazdy walczyłam o życie. Dlaczego? Tutejsze „zimowe” opony mają takie specjalne kuleczki, które powodują, że wszelkie manewry są dużo bardziej skuteczne, a i jazda po śniegu bezpieczna. Na północy ponadto można spokojnie przez parę miesięcy jeździć z łańcuchami. Kiedy przyjechałam do miejsca przeznaczenia ledwo stałam na nogach i słabo mi było na myśl o drodze powrotnej.
- A magia?
No magia była właśnie w drodze powrotnej. Wprawdzie tutejsze służby drogowe pracowały non stop, zawierucha wciąż była okropna, a droga nadal przypominała bardziej lodowisko niż drogę. Oni niczym nie sypią tych autostrad. Nikomu do głowy nie przyjdzie solenie czy coś w tym guście. Jedyny uznawany materiał to żwir. Jechałam, więc, tak sobie ciemną nocą, na polskich zimówkach, po prawej i lewej stronie olbrzymie ściany granitowych wąwozów, ślisko jak diabli. Każdy drobny ruch kierownicą groził kolejnym poślizgiem. Śnieg walił jak szalony, samochód tańczył na lodzie w rytm huraganowych podmuchów wiatru, wycieraczki zamarznięte już nie chciały go odgarniać. Zła byłam, że nie zostawiłam testamentu. Włączyłam radio... i nagle w środku fińskiego czarnego i strasznego „nigdzie” usłyszałam cały koncert fortepianowy f-moll Szopena... Absolutnie najpiękniejszy. Raźniej mi sie zrobiło.
Pomyślałam. – Boże, jeśli to ma być na koniec – to doskonały wybór.
- Ale przeżyłaś.
- Tak, i spałam potem jakieś 12 godzin.
- Powiedz mi, wobec tego – 5 najważniejszych rzeczy potrzebnych do przeżycia w Finlandii pierwszego miesiąca. Taki „zestaw przetrwania”...
- Jest takich kilka rzeczy. Znajomość angielskiego, życzliwi ludzie i umiejętność ich rozpoznawania i pytania, pytania, pytania, uśmiech, jakieś 1500 euro, niezawodna nawigacja samochodowa lub czytanie mapy i orientacja w terenie. W zimie ICH opony zimowe. Prostownik do akumulatora. Buty trekingowe i ciepła puchówka.  Przydaje się dostęp do neta. Najpotrzebniejsi są jednak aniołowie. Ale jak się ich załatwia to nie powiem, bo nie wiem. Albo są albo ich nie ma.
Trzeba być przygotowanemu na samotność. Dużo samotności. Trzeba się równocześnie otworzyć. Pogodzić z tym, że wisi się w próżni, a los rzuca nami w różnych kierunkach. I nie stresować się, jak coś pójdzie nie tak. Wybierać nieskomplikowane rozwiązania.
- Największy „wnerw”... ?
- ...złapałam pewnego dnia, jak wkroczyłam na ten kołchozowy „open space”, gdzie nikt nie ma swojego biurka, powiedziałam głośno „Dzień dobry”, a żaden z okolicznych „człowieków” mi nie odpowiedział. Wtedy mi ciśnienie skoczyło. Popatrzyłam na jednego z nożem w spojrzeniu i zobaczyłam bezbrzeżne zdziwienie... Rozmawiałam potem o tym zdarzeniu z moimi niefińskimi współpracownikami. Wytłumaczyli mi, że to tutaj „normalne”, bo to ich przestrzeń, a oni pracują... I że muszę się przyzwyczaić. W biurze prawie nikt z nikim nie rozmawia. Nie wspomnę o śmiechu. Ostatnio odezwały się do mnie dwie osoby. Jeden Francuz, który desperacko poszukiwał mojego zasilacza do laptopa i pewien Fin!, który po półgodzinnej pogawędce podsumował, że to dziwne, ale tu nikt z nikim nie rozmawia... Popatrzyłam na niego z rozdziawioną buzią i myślałam, że się przesłyszałam. Ale, ale ... podobno to wszystko mija w sobotni wieczór...
- Z kim więc rozmawiasz?
- Z moją nawigacją samochodową... Czekam na synka i na mamę.
Synka przywiozłam z mamą dwa tygodnie później. Gdy, jak wyszliśmy do rękawa prosto z kabiny pilota, do której wpuszczono go, jako tego „co pierwszy raz”. Wrzasnął wtedy na cały głos – Maaamoooo!!! Te Heeelsiiinkiii sąąąąą pięęęęęękneeeee!!!!!!
Była ciemna noc i siedzieliśmy w wielkiej blaszanej rurze.


UCZTA BOGÓW U WIELKIEGO RENIFERA
Igor Newerly w swojej najlepszej książce napisał „Szczęśliwy, kto ogląda świat w chwilach przemiany i przełomu. Bogowie go do swego domu wezwali, by do uczty z nimi siadł”. No, więc, ja ucztuję już od kilku lat, świat się zmienia i końca nie widać. Zajmuję się globalnym programem testowania internetu mobilnego na urządzeniach i widzę, że znowu mam szczęście obserwować początek ważnego początku. Tajemnicą odwieczną było i nadal chyba jest, jak to możliwe, że fabryka gumowców zdołała stać tym, czym jest dziś. Liderem technologii mobilnych. Wszystkie współczesne telefony zawierają rozwiązania opatentowane przez Nokię. Cały czas staram się znaleźć odpowiedź na to pytanie. Od początku traktowałam tę pracę jako niesamowitą intelektualną przygodę i w rzeczy samej takową jest. Poznałam ludzi, którzy wytrącili moje myślenie z torów „żabiej perspektywy” i pokazali, jak różnorodny jest świat i nauczyli, jak to zrobić, żeby sie udało. Wiem , że kiedyś będę uważała ten okres za jeden z najciekawszych i najbardziej inspirujących zawodowo w moim życiu. Zajęło mi niemal dwa lata, żeby oswoić się i zdobyć zaufanie Finów, z którymi pracuję (o co chyba najtrudniej), ale było warto.


FLOWER POWER
Prezydent to kobieta, wielu ministrów to kobiety, dyrektor to kobieta, szef to kobieta – mogłabym tak długo. Pewnego razu znajomy, który cierpliwie wysłuchiwał historii z pracy, zwrócił mi uwagę, że w mojej opowieści ciągle obecne są kobiety, a pracuję przecież w branży telekomunikacyjnej. Zdziwiłam się, że on się zdziwił. Dla mnie to było oczywiste. Po chwili refleksji zrozumiałam, że ta „oczywistość” jest wynikiem zmiany, która się we mnie dokonała. Otoczona tutaj przez liczne grono mądrych, silnych, kompetentnych kobiet na wysokich stanowiskach, dla których każde wyzwanie jest tylko wyzwaniem, nabrałam siły i pewności siebie. Przesiąknęłam „jawnym, zaimplementowanym feminizmem”, że ja mogę i potrafię i nie porównuję się. No i tyle samo zarabiam. Ważna jest merytokracja, a zachowania szowinistyczne i dyskryminacyjne są niemal nieobecne. Szczególnie mocno skontrastowało to z czasami, gdy pracowałam jako lekarz w jednej z warszawskich klinik.
Słynnym skandalem niedawno była wypowiedź szefa sprzedaży fińskiego przedstawicielstwa jednego z niemieckich koncernów motoryzacyjnych o „miejscu kobiet w kuchni” opublikowana na łamach świątecznego dodatku dla panów. Ów pan, kilka dni później z żalem zawiadamiał opinię publiczną o swojej dymisji. Coś podobnego, obawiam się, byłoby w Polsce przemilczane i publicznie zaakceptowane… podobnie, jak „małpa w czerwonym” czy inne tego kolorytu wypowiedzi. 
Niewiele we mnie zostało z „grzecznej dziewczynki”, na którą mnie wychowywano w polskiej tradycji. Wewnętrznie polubiłam i zaakceptowałam fakt, że mogę wiele. Serce mi rośnie, że jest wokół coraz więcej wspaniałych i wpływowych kobiet, które działają i realizują się jako matki i odnoszą sukcesy w swoich dziedzinach. Nasze matki jeszcze nie śmiały tego robić, my próbujemy, a założę się, że nasze córki przebiją nas o głowę. W Finlandii możliwe jest, by mama sama wychowująca dzieci lub matka ciężko i przewlekle chorego dziecka piastowała wysokie stanowisko państwowe czy też menadżerskie. Znam wiele takich przykładów. Nie jest to proste, ale wykonalne. Przypomniała mi się pewna historia z rodzaju tych „definiujących”. Pewnego razu, pewien młody, bezdzietny menadżer expat zwołał nieopatrznie spotkanie o dość późnej godzinie. W gronie zaproszonych właściwie w większości ojcowie i matki. O 16:30 spotkanie nawet nie zbliżało się do punktu kulminacyjnego, gdy większość z Finów cicho wstała, spakowała się, przeprosiła i udała się do przedszkoli po swoje dzieci. Nie zmieścił się jego problem. Ogromnie zadowolona do nich dołączyłam. Pan miał dziwną minę.


DZIECI SŁOŃCA I CIEMNOŚCI
Mój syn, który nie cierpi robactwa twierdzi, że „przyroda musi czasem ukąsić”. Co jednak, gdy kąsa przez pół roku bez przerwy? Jak opisać ten czas, gdy dni stają się tak zauważalnie krótsze, że ma się wrażenie nadciągającego końca świata, a już końcem października wszystko pogrąża się w czarno szarej magmie? Jak opisać to uczucie zapadania się w tej ciemności, znikania i rozpływania się myśli, nadciągającej senności i codziennej walki, by jednak funkcjonować normalnie? Doprawdy, nie wiem. Jak w dzbanuszku, z którego wycieka życie, w ludziach jest coraz to mniej słów, śmiechu, myśli, chęci na spotkania i woli czynienia czegokolwiek. Wszystko się rozmywa. Taką niezwykłą moc ma właśnie ciemność. Poranek bez podwójnej kawy i napoju energetycznego jest raczej niemożliwy. Pierwszej zimy postanowiłam zignorować ciemność, ale sęk w tym, że ciemność postanowiła nie zignorować mnie i przydarzyło mi się wszystko, co najgorsze. Zupełnie nie miałam świadomości, co się ze mną dzieje. Szukałam pomocy tubylców. Polecili kupić lampkę z luksami do naświetlania się, regularne uczestnictwo w imprezach, czyli bawić się i pić. Trochę pomogło. Drugiej zimy poleciałam w listopadzie na tydzień do Egiptu. Dostałam energię, która mi pomagała aż do stycznia, ale to wciąż było za mało. W marcu dopadła mnie druga fala „złego mzimu” zwana wiosennym syndromem SAD.
Niemniej potężną moc ma światło, z tym, że „świetlny haj” pokrywa się z sezonem urlopowym, więc jest dużo łatwiej. Dopóki jednak normalnie chodzi sie do pracy, problematyczna staje się kwestia snu – własnego i dzieci. Córeczka przyjaciół, którzy spędzili z nami poprzednie wakacje, zapytała mamę, która o 22ej kładła ich do łóżeczek: – Mamusiu, dlaczego w dzień ubierasz nas w piżamki?
Od maja obowiązkowo czarne rolety w oknach.


ODKOPANY NEANDERTALCZYK
Jest taki mit, że dzieci wrzucone w obcojęzyczne otoczenie po krótkim czasie zaczynają się nowym językiem sprawnie posługiwać. Możliwe, że małe dziewczyńskie gaduły tak – ale mojemu synowi zajęło to dwa lata, a długa droga jeszcze przed nami z pełnym wsparciem edukacyjnym. Przez długi czas był traktowany jako „inny”, „dziwny”, „niezbyt rozgarnięty”. Bardzo tęsknił za domem i rodziną. Tylko jego wrodzona odwaga i charakter pozwoliły na pokonanie tych trudności. Otrzymałam również ogromne wsparcie i życzliwość ze strony nauczycieli przedszkolnych i państwowych władz edukacyjnych. Ani przez chwilę nie czułam, że zostałam zostawiona sama sobie i że dziecko jest jedynie moim prywatnym problemem. Razem toczyliśmy walkę o niego. Nigdy nie zapomnę narady w sprawie mojego syna, gdy 6 osób zastanawiało się, jak najbardziej optymalnie zorganizować dla niego okres przejściowy między przedszkolem a zerówką. Mój syn zupełnie nie był obciążony nauką – to nie jest najważniejsze dla zerówkowiczów. Większość czasu spędzał na dworze bez względu na aurę. Dzieciom, ubranym w gumowe kombinezony, ani deszcz ani śnieg szczególnie nie przeszkadza. Wspinał się za to z kolegami z przedszkola po okolicznych skałkach, biegał po lesie, jeździł na nartach biegowych, łyżwach, lepił w glinie, piłował drewno i wbijał gwoździe (o zgrozo!), malował i robił doświadczenia w centrum naukowym dla dzieci Heureka. Fantastyczne i spokojne nauczycielki razem z dziećmi pomagały mu lepiej rozumieć język fiński i adaptować się z otoczeniem. Jeśli na taki cel wydawane są moje podatki – to ja nie mam nic przeciwko ich wysokości.


TO MNIE EGZOTYCZNIE WKURZA
Nie byłabym prawdziwą Polką, gdybym nie skrytykowała. Mamy to we krwi. Jest w Finlandii parę rzeczy, które mnie wkurzają. Pierwszą z nich jest „zamiatanie pod dywan” – swego rodzaju sport narodowy, podobny do hokeja. Unikanie konfrontacji z problemem i często drugim człowiekiem. Wygląda to tak, że wszyscy wiedzą jaki jest problem, ale nikt nie powie tego na głos, bo ktoś inny mógłby się może obrazić. Niestety, nie wszystkie kultury mają wbudowaną tego typu kurtuazję w stosunku do innych i wielokrotnie widziałam, jak ich przedstawiciele nadużywali podle tego fińskiego założenia o powszechnej dobrej woli i wynikającego z niego braku otwartej krytyki. Efekt był taki, że wszyscy wiedzą, że jest problem, wszyscy o nim myślą, czasem nawet coś sarkastycznie stwierdzą, ale ogólnie cisza jak makiem zasiał. Uważam za swój osobisty polski obowiązek niedopuszczanie do tego procederu na tyle, na ile jest to w mojej mocy.
Powszechna akceptacja wszechogarninającego niskiego poziomu estetyki wkurza mnie bardzo, chociaż wszystko jest czyste i poukładane. Nigdy nie chcę do niej przywyknąć, chociaż przestała mnie tak razić jak na początku. Fiński design jest słynny tylko za granicą, zaś na miejscu liczy się jedynie to, co ma zastosowanie praktycznie. Wszystko niepraktyczne powinno iść do piachu, bo szkoda na to energii. Tęsknię za polskimi sklepami. Wszystko jest drogie, a każda ponadstandardowa rzecz kosztuje kosmiczne pieniądze – zupełnie nie wiadomo, dlaczego. Chociaż w przypadku ubrań to może wiadomo. Ostatniej zimy jak wskoczyłam w trepy, kurtkę puchówkę i dżinsy/spodnie zimowe to nie wyskoczyłam z nich niemal do marca. Co więcej, po ciemku mało widać, więc po co ta cała garderoba? Nie ma gdzie i po co sie ubierać – szczególnie w zimie.


CICHA WALKA O POLSKOŚĆ
Jeżeli ktoś mnie kiedyś zapyta, jaką wartość edukacyjną wnoszą do narodu matki Polki, to powiem zawsze – język, tożsamość narodową i kulturę. Z Koliberkowymi rodzicami spotkaliśmy się po półrocznym pobycie w Finlandii. I tam właśnie zobaczyłam jak niesamowitą i cichą walkę o polskość i obecność języka polskiego w życiu ich dzieci prowadzą polskie mamy, których dzieci są już tylko w połowie Polakami i nie mieszkają w Polsce. To ogromne wyzwanie. Po raz pierwszy od wielu lat miałam możliwość i trochę czasu w zaangażowanie się w działalność „nonprofit”, zostałam więc koordynatorem sobotniego Klubu Przedszkolaka „Koliberek”. Prowadzenie zajęć w języku polskim na wszystkie możliwe tematy, informacje o polskiej kulturze, teatrzyki, konkursy z zagadkami i mnóstwo zajęć plastycznych pomaga dzieciom uważać ten język za język żywy, a nie jedynie język mamy i babci. Zawsze lubiłam prowadzić szkolenia, z dziećmi to podwójna frajda, a rodzice, którzy kolejno przygotowują zajęcia mają okazję pokazania się swoim dzieciom z innej strony. W Koliberku spotkałam Polki i Polaków, których mogę bez przesady nazwać moimi przyjaciółmi i bez których życzliwości, poczucia humoru i rad - trudno by mi było wyobrazić sobie życie w tym kraju. Czasem się nawet zastanawiam, kto bardziej potrzebuje Koliberka – dzieci czy ich rodzice?


„ZIMNI” FINOWIE
Mówi się, że są chłodni i bez emocji. Można to i tak powierzchownie postrzegać, ale to tylko powierzchnia. To ta cisza, ciemność, izolacja i zimno spowodowały, że w ciągu tysięcy lat pobytu tutaj, nauczyli się kierować w głąb siebie samych i koncentrować na przetrwaniu. Pewna Finka zapytała mnie kiedyś „Czy rozumiesz już co mówimy, kiedy nic nie mówimy”? Odpowiedziałam, że powoli zaczynam.
W Finlandii, jeśli nie chcesz, to nikt Cię nie znajdzie i co więcej, nikt nie będzie Cię szukał i na nikogo się nie natkniesz. Jeśli komuś na tym zależy, może tu założyć prywatną pustelnię ze stuprocentową gwarancją nienaruszalności spokoju. Po pewnym czasie, prawdziwym wyzwaniem i zadaniem nie jest odnalezienie odosobnienia – lecz ludzi właśnie. Trzeba się konkretnie napracować, żeby się spotkać i zsocjalizować. Obecność kogoś wokół nie jest ani naturalna ani oczywista. Pewnie dlatego Finowie tak bardzo nauczyli się być sami ze sobą i nie potrzebują tłumu kibiców wokół. Trudno jest po jakimś czasie wydostać się z takiej samowystarczalnej pojedynczości – stąd również wielu ludzi cierpi z powodu samotności, z której nie potrafią się wydostać. Często mają najwyżej kilku starych przyjaciół, których nie zmieniają i rzadko dodają nowych. Dla przybysza takiego, jak ja – mieszczucha z hałaśliwej aglomeracji - taka ilość czasu ze sobą była zupełną nowością. Dla niektórych sytuacja alienacji i samobytności bez ludzi jest zupełnie nie do zniesienia. Boją się tego, co być może dociera do nich w tej ciszy. I wówczas uciekają. Dla mnie na początku była wybawieniem, schronieniem, lekarstwem na skołatane nerwy, możliwością usłyszenia własnych myśli. Nauczyłam się spokoju wewnętrznego, analizy i koncentracji , a sytuacja samotnej mamy, która nie ma wielu możliwości rozwoju życia towarzyskiego, znakomicie to ułatwiała. W moim blogu napisałam, że zostanę „grubą, spokojną Finką”. Nie jestem ani grubą ani spokojną ani Finką, ale znam siebie lepiej. Bywało, jednak, czasami tak strasznie, że albo spałam, siedziałam godzinami na skypie albo kupowałam bilet do Warszawy. Wiedziałam już wtedy, że fińska cisza ma moc tworzenia i niszczenia.


SAMA? AKURAT... 
Wiele osób zwraca się do mnie i mówi. „Jak to możliwe, że ty sama, w obcym kraju, bez języka i dałaś radę, z dzieckiem?”
Nic bardziej mylnego. Sam to się człowiek może najwyżej po głowie podrapać. Od początku mojej przygody z Suomi w moich działaniach, planach i zamierzeniach pomagał mi, jakby tak zsumować, cały sztab ludzi. Rodzina, przyjaciele, znajomi i nieznajomi. BYłam sama, ale jakoś zawsze zdarzał się ktoś, kto mi pomagał. Poczynając od pomocy przy wykończeniu warszawskiego mieszkania, opiece nad synem, doradztwie w kupnie auta, pomocy w przeprowadzce do Finlandii, poszukiwaniu lokum i kończywszy na dziesiątkach innych drobnych spraw, które przekraczały moje kompetencje. Bez ich wsparcia i pomocy, nic by się nie udało i nie mogłabybm przeżywać tej niezwykłej przygody. Wszystkim jestem ogromnie wdzięczna i każdemu z osobna mówię wielkie „Dziękuję”.


 


Aneta Prasał-Wiśniewska

Komentarze (9)

Zapisz sie do RRS feed tego komentarza
...
Dominika,jesteś super,podziwiam Cię!
Krystyna , lipiec 12, 2010
...
No! siostra!! wypas - jak zwykle zresztą! ;-)
Amzzztrad , lipiec 14, 2010
...
Pięknie napisane, jesteś niesamowitą kobietą! Dla mnie wzór do naśladowania. Pierwszy raz zobaczyłam Twoj artykuł w magazynie kupionym w kiosku i żałowałam, że nie mogę podzielić sie swoją opinią o Tobie i o tym, co napisałaś. Na szczęście materiał znalazł się też tutaj... piszę więc:)
Małgorzata Kozera- Zduńczyk , lipiec 16, 2010
...
Jestem Dominiko koleżanką Twojej mamy a moja przyjaźń z Twoja mama rozpoczeła sie w pracy.Od kiedy Twoją mamę znam to z dumą o Tobie mówi i przez to też troszeczke Ciebie znam.Spotkałam się z Twoja mamą by porozmawiać i zobaczyć ją, jak i czy przeżywa rozstanie z pracą, bo nie okłamując się jest to pewien rozdział życia który i mnie czeka. Zapewniam i piszę bez obłudy, że Twoja mamunia super wygląda i pewnie prawda co mówi,że za pracą nie tęskni. Usiadłyźmy w galerii NOWY ŚWIAT, przy piwku i różnych tematach w pewnym momencie Twoja mama wyciąga z torebke, ładnie wydany miesięcznik i mówi do mnie "zobacz tu jest moja Dominika" Oglądnełam, co tłustym drukiem przeczytałam, bo nie był to czas na przeczytanie całego twojego artykułu. W domu znalazłam stronke internetową i przeczytałam. Jestem dla Ciebie pełna podziwu. Czytając łezki mi się w oczy pchają, że aż przez tyle wyboji los Cie gna, ale i sukces przez to masz. Fajnie , że synusia przy sobie masz, na pewno on jest sukcesem bez miar bo taka prawda, że dziecko to jest jedyny skarb. Odległość jaka dzieli Was wiem,że mama z bólem przyjmuje ten fakt. Pozdrawiam serdecznie życząc dużo zdrowia.
Aleksandra , lipiec 19, 2010
...
Dominika bardzo ciekawy i interesujący artykuł.
Pozdrawiam serdecznie życząc dużo zdrowia i pomyślności.
Anka , lipiec 21, 2010
...
Dominika jestem pelna podziwu ,artykul bardzo mi sie podoba.
Jestes naprawde niesamowita.
Mocno pozdrawiam i dziekuje za to wspaniale spotkanie z Toba .
Agnieszka Pyziak , sierpien 1,2010 , lipiec 31, 2010
...
Ogromnie dziękuje za wszystkie komentarze. Wiele dla mnie znaczą Wasze słowa. Jestem bardzo wdzięczna. Dziękuję.
Dominika , sierpień 06, 2010
...
Dominiko, przepiękna ta opowieść o twojej przemianie. Tak to jest, że czasem trzeba daleko uciec, aby odnaleźć siebie :)
Violetta , sierpień 13, 2010
...
No i wreszcie przeczytalam Twoj artykul! Wow! Brawo! Znam Ciebie i Twoje historie prawie od poczatku Twojego pobytu tutaj i bardzo ladnie je opisalas. Sama trafilam do Finlandii w innych czasach i na innym etapie zycia, i moje pierwsze wrazenia byly oczywiscie inne od Twoich, ale to wlasnie jest ciekawe. I dziekuje, ze opisalas wlasnie to- swoje wrazenia. Bez oceniania i analizowania charakteru Finow, czesto uprawianego w polonijnym srodowisku. Bo to nie do konca jest tak , ze ci ludzie sa inni, to przyroda wokol jest inna, przytlaczajaca, wymagajaca inneego zachowania, to ta cisza i ciemnosc. To troche tak, ze ich (Finow) jest za malo, zeby te cisze przekrzyczec a ciemnosc rozjasnic. Ludzie przyjezdni predzej czy pozniej albo temu ulegaja, albo wyjezdzaja (albo nie wyjezdzaja i narzekaja:)
Na szczescie Twoja opowiesc jest nie "narzekajaca" ale pozytywna i budujaca. Bos dzielna i dzielnoscia inspirujesz. Reipäs tyttö :)
Albina , sierpień 29, 2010

Napisz Komentarz

mniejszy | wiekszy

busy
 

Your are currently browsing this site with Internet Explorer 6 (IE6).

Your current web browser must be updated to version 7 of Internet Explorer (IE7) to take advantage of all of template's capabilities.

Why should I upgrade to Internet Explorer 7? Microsoft has redesigned Internet Explorer from the ground up, with better security, new capabilities, and a whole new interface. Many changes resulted from the feedback of millions of users who tested prerelease versions of the new browser. The most compelling reason to upgrade is the improved security. The Internet of today is not the Internet of five years ago. There are dangers that simply didn't exist back in 2001, when Internet Explorer 6 was released to the world. Internet Explorer 7 makes surfing the web fundamentally safer by offering greater protection against viruses, spyware, and other online risks.

Get free downloads for Internet Explorer 7, including recommended updates as they become available. To download Internet Explorer 7 in the language of your choice, please visit the Internet Explorer 7 worldwide page.