Home
Pierwsza Matka Trzeciej Rzeczpospolitej

Jolanta Kwaśniewska, foto:TVN  Paweł Bąbała
Jolanta Kwaśniewska

Gdy po roku od przeprowadzki do stolicy, młodemu małżeństwu państwa Kwaśniewskich urodziła się córka Aleksandra, Jolanta nawet nie przeszło przez myśl, że w przyszłości przyjdzie jej dzielić obowiązki matki dorastającej nastolatki z powinnościami Pierwszej Damy. Jak sobie z tym radziła? Skąd czerpała siłę oraz pomysły i czego się obawiała? O tym, i nie tylko, opowiada „Polkom w Świecie”, pani prezydentowa – Jolanta Kwaśniewska.


Kto był dla Pani wzorem wychowania? Skąd czerpała Pani swoje doświadczenie?
Moje życie potoczyło się tak nietypowo, że nie sposób bym mogła wskazać na jedną konkretną osobę. Nie mogłam nigdy powiedzieć sobie np. będę Emilią Plater, jak ona – silną i zdecydowaną. Zbyt wiele kobiet podziwiałam, by zdecydować się na tę jedną. Przede wszystkim jednak, ukształtował mnie dom. Urodziłam się w sporej rodzinie, a do tego w trudnych czasach. Lata 50-te nie były przecież łatwe dla większości Polaków. Paradoksalnie, jednak, cieszę się, że przyszło mi wychowywać się właśnie wtedy. Mój dom i tamta rzeczywistość nauczyły mnie radzenia sobie w najtrudniejszych sytuacjach życiowych. Pokazały mi, że nie należy przejmować się trudnościami i zawsze nieść pomoc tym, którzy tej pomocy potrzebują. Niepowtarzalnym wzorem była dla mnie moja mama, która zrezygnowała z pracy by zajmować się mną i moimi dwiema siostrami. Poświęcała nam mnóstwo czasu. Dzięki temu mogłam uczęszczać na wiele pozalekcyjnych zajęć, które wtedy były oferowane za darmo. Chór, balet, harcerstwo, nawet gra na gitarze! Po powrocie do domu to nasze podwórko stawało się centrum wszelkich aktywności. Po pierwsze, więc – dom! Z drugiej strony - szkoła. Pamiętam, że w tamtych czasach nauczyciele byli ludźmi niezwykłymi, prawdziwymi wychowawcami. Mój polonista, prof. Ważkiewicz, wpoił we mnie wartości wyznawane przez „Siłaczkę” Bozowską, czy doktora Judyma. Dziś, właśnie dzięki niemu, mogę nazywać siebie pozytywistką i to pozytywistką z przekonania. Podobnie moja pierwsza wychowawczyni, pani Irena Bernolak, uczyła nas, że należy dawać innym cząstkę siebie. Z jej inicjatywy, wraz z jej dziećmi – słynnymi braćmi Bernolak oraz ich siostrą, przygotowywaliśmy coroczne jasełka, które wystawialiśmy w domu dziecka. Narratorem bywał często nasz starszy kolega, dziś aktor i reżyser - Krzysztof Kolberger. Ja grałam zwykle postaci królewny czy krasnali. W ten sposób zbieraliśmy prezenty dla dzieci, które rodzinnego domu, niestety, nie posiadały.

A po jasełkach spędzała Pani święta w licznym, rodzinnym gronie?
Tak. Ostatnio, z okazji Wszystkich Świętych, przypominałam sobie z siostrami, jakie cudowne święta przeżywaliśmy u naszej ciotki Heni i wujka Michała. Chodziłyśmy do ich domu, pachnącego ciastem drożdżowym i choinką, rozbrzmiewającego wyśpiewywanymi kolędami i cieszyliśmy się czasem spędzonym ze szczęśliwie powiększającą się rodziną.

jolanta kwaśniewska, fot TVN Paweł BąbałaCzy od początku wiedziała Pani, jak powinna potoczyć się Pani kariera?
Absolutnie nie. Bardzo chciałam pracować na uczelni. Gdy skończyłam prawo na Uniwersytecie Gdańskim marzyłam by zostać asystentką na Wydziale Państwa i Prawa u prof. Langera, u którego broniłam zresztą swojej pracy magisterskiej. Jednak obrona przebiegła po ślubie z moim mężem, w grudniu, a miesiąc później przenieśliśmy się już do Warszawy. To był styczeń pamiętnego, 1980 roku. Po tej przeprowadzce zniknęły moje szanse na karierę zawodową w rodzimej Alma Mater. W Warszawie byłam natomiast zwykłą dziewczyną z Gdańska. Nie poddając się szukałam jednak pracy, składając aplikacje do licznych instytucji. Po dwóch miesiącach dostałam się do Ministerstwa Sprawiedliwości, lecz jednocześnie dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Na rozmowie kwalifikacyjnej przyznałam się do tego, że spodziewam się zostać wkrótce szczęśliwą matką, co oczywiście zamknęło mi drogę do oferowanej posady. Przez kolejne trzy lata zajmowałam się wychowywaniem naszej Oleńki. To był dla mnie bardzo ważny czas. Nie ma przecież nic ważniejszego, niż przywilej objaśniania świata małemu dziecku. Wszystko, co działo się potem, wydaje mi się serią szczęśliwych przypadków. Na Ursynowie pojawiła się firma polonijna, produkująca, m.in. biżuterię eksportowaną na rynek Związku Radzieckiego. Poszukiwali sekretarki, a ja postanowiłam spróbować swoich sił. Poznałam firmę, zorientowałam się w jej funkcjonowaniu i po kilku miesiącach zostałam dyrektorem ds. handlowych.

Kilka lat później zmienił się ustrój, a przed Panią stanęły nowe wyzwania...
Barterowe wymiany, które stanowiły sporą część działalności firmy przestały funkcjonować. Postanowiłam wtedy stanąć na własnych nogach i spróbować sił w prowadzeniu własnego biznesu. Razem z koleżanką założyłyśmy firmę zajmującą się obrotem nieruchomościami. Zaczynałyśmy od zupełnego zera, ale udało się. Zajmowałam się tym aż do chwili, gdy mój mąż objął urząd prezydenta.

A jak przy tym wszystkim radziła sobie Pani z rolą matki? Wychowując Olę, starała się Pani zarazić ją swoimi ambicjami, podejściem do życia?
Do pewnego momentu, byłam przekonana, że nasza Oleńka jest i pozostanie dzieckiem szalenie wrażliwym i spokojnym. Musiałam nakłaniać ją do podwórkowych zabaw, biegania po murach czy chodzenia po drzewach. Martwiłam się, że gdy już pójdzie do szkoły, nie poradzi sobie z rzeczywistością, którą tam zastanie. Mała Ola była, więc, zupełnym przeciwieństwem mamy, która w jej wieku spędzała mnóstwo czasu wisząc głową w dół na trzepaku i zdzierając łokcie na wszystkich napotkanych gałęziach. Z czasem, jednak, geny rodziców dały o sobie znać.

I wtedy okazało się, że rodzice Oli stali się pierwszą parą Rzeczpospolitej?
Właśnie. W chwili, gdy większość młodych ludzi zaczyna podejmować swoje pierwsze życiowe wybory, przeżywać pierwsze poważne doświadczenia, mąż został wybrany na urząd Prezydenta RP. Ola miała wtedy 14 lat i właśnie dostała się do liceum ogólnokształcącego. Oczywistym było, że chcieliśmy i musieliśmy chronić jej wizerunek. Chodziło nam o jej komfort, ale także o bezpieczeństwo fizyczne. Pojawiały się anonimowe groźby wysuwane pod jej adresem. Kilkukrotnie wysyłaliśmy, więc ochronę, by z ukrycia obserwowała czy nic nie zagraża naszej córce. Robiliśmy to jednak w taki sposób, by Ola nie zdawała sobie z tego sprawy. Chcieliśmy by żyła, jak normalna nastolatka. Bardzo pomógł nam wtedy dyrektor jej liceum. Dzięki jego zgodzie na wyrobienie dla Oli podwójnej legitymacji, córka uniknęła wielu sytuacji, w których ujawnienie jej prawdziwego nazwiska mogło wzbudzać niepotrzebną sensację. Gdy więc jej klasa wybierała się na Mazury, sprawdzający bilety konduktor odnajdował na jednym z dokumentów uczennicę Aleksandrę Konty, nie zaś Kwaśniewską. Postanowiliśmy, że na ten czas Ola będzie używała mojego panieńskiego nazwiska. Dzięki tym zabiegom udało się córce przejść przez czasy liceum i studiów bez zbędnych zgrzytów. Teraz pewnie byłoby trudniej. W tamtych czasach zjawisko paparazzi nie było jeszcze tak popularne jak dziś.

Na studiach Ola nadal ukrywała swoją prawdziwą tożsamość. Ale przecież w końcu postanowiła się ujawnić?   
Dały o sobie znać, wspomniane już, rodzicielskie geny. Po studiach wyszła na jaw prawdziwa, wojownicza natura Oli i jej silny charakter. Już wcześniej było on zresztą widoczny. Radziłam jej wybór studiów prawniczych, ale ona zdecydowanie postawiła na psychologię. W ten sam sposób, już po studiach, zupełnie niezależnie podjęła decyzję o udziale w „Tańcu z Gwiazdami”. Przyznam – odradzaliśmy jej to. Staraliśmy się jej wyjaśnić, jak wiele problemów i niedogodności niesie ze sobą status osoby publicznej i związana z tym utrata prywatności. Na nic się to jednak zdało. Dziecko postanowiło, wzięło udział w programie i doskonale się spisało. Ma, więc za sobą wspaniałe doświadczenie.

Wróćmy więc na chwilę do Pani. Trudno godzić obowiązki Pierwszej Damy i matki ? Do tego matki nastoletniej córki...
Bez wątpienia – trudno. Zdarzały się sytuacje, gdy na chwilę przed zaplanowanym od tygodni oficjalnym wyjazdem Ola nagle łapała grypę lub przeziębienie. Serce matki podpowiadało - „Zostań tu! Zaopiekuj się dzieckiem!”. Ja jednak nie miałam wyboru. Zostawiałam ją w Pałacu Prezydenckim prosząc uprzednio wszystkich o troskę. To była bardzo dobra opieka, ale mimo to zostawialiśmy ją przecież samą. Potem, gdy zaczęłam zajmować się także prowadzeniem fundacji, częstotliwość służbowych podróży dodatkowo wzrosła. Kilkukrotnie przemierzyłam kraj wzdłuż i wszerz w przeciągu tych dziesięciu lat. Ola przeżywała wtedy ważne chwile swojego życia – pisała maturę, zdawała egzaminy, a ja mogłam jedynie zadzwonić, pytając czy wszytko dobrze i zapewniając o naszym duchowym wsparciu. Dla matki to naprawdę trudne. Dlatego, gdy nadszedł czas balu maturalnego, powiedzieliśmy sobie – dość! Uparliśmy się, by pojawić się na tej uroczystości tak, jak wszyscy inni rodzice. Jedyną różnicą była towarzysząca nam ochrona. Są przecież takie chwile w życiu rodziny, z których nie chce zrezygnować nawet prezydent.

Mogłyście Panie pozwolić sobie na jakiś wspólny wypad? Jak matka z córką?
Na początku prezydentury męża starałam się od czasu do czasu pójść z Olą na jakiś koncert. Pamiętam, że swego czasu przyjechał do Warszawy Mick Hucknall z zespołem Simply Red i to ja zabrałam córkę na to widowisko. Nie przepadała za tym zespołem, ale kiedy było już po wszystkim szepnęła do mnie: „Było super!”. Udało jej się nawet osobiście poznać Hucknalla.

jolanta kwaśniewska, foto: TVN Cezary PiwowarskiCo było Pani ostoją w godzeniu funkcji pierwszej damy i szefowej fundacji oraz matki?
Trochę tak właśnie jest, że dzisiejsza kobieta rozdarta jest między macierzyństwem a pracą. Przez dziesięć lat sprawowania funkcji pierwszej damy utrzymanie równowagi nie było wcale zadaniem najłatwiejszym. Staraliśmy się zawsze pokazywać Oli, że bez względu na to, gdzie jesteśmy, zawsze może na nas liczyć. Córka wiedziała, że gdyby zdarzyło się coś dla niej dramatycznego; coś, z czym nie dawałaby sobie rady, to natychmiast wsiadłabym do zwykłego, rejsowego samolotu i wróciła, by jej pomóc. Chcieliśmy być dla niej z mężem najbliższymi osobami, do których zawsze może się zwrócić. Sądzę, więc, że wychowanie Oli w tym duchu mogę uznać za wspomnianą przez pana ostoję. Zanim przeprowadziliśmy się do Pałacu Prezydenckiego hołdowałam natomiast zasadzie, zgodnie z którą wolałam zatrudnić w swej firmie dodatkową osobę, której praca pozwalała mi na poświęcenie większej ilości czasu dla mojego dziecka. Myślę, że to właśnie rodzina jest tym, co pozwala mi zachować tę równowagę. Mówię tu nie tylko o mężu i córce, ale także o moich siostrach. Rodzina jest dla mnie opoką, bez której nie wyobrażam sobie życia.

Wspomniała Pani, że udało się jej dobrze wychować córkę. Czy istnieją jakieś kwestie, które gdyby można było, chciałaby Pani w owym wychowaniu poprawić?
Przede wszystkim żałuję, że mamy tylko jedno dziecko. Mimo to, robiliśmy oczywiście wszystko, by Ola nie wyrosła na egocentryczną jedynaczkę. Czasem doprowadzało to do zabawnych sytuacji. Podczas stanu wojennego znajomi przynieśli nam banany, za którymi córka przepadała. Poprosiłam ją, by podzieliła się podarunkiem z tatą. Oleńka podeszła do ojca i z uśmiechem rzuciła – Tato, powąchaj. Jak pachną tak smakują! W rezultacie, jednak, udało nam się wychować człowieka, który myśli o innych ludziach i nie koncentruje się wyłącznie na sobie. Trzeba pamiętać, że psychika dziecka przypomina komodę z licznymi szufladami i schowkami. To, co włożymy tam za młodu - odszukamy i wyciągniemy za bardzo wiele lat, czasem nawet dopiero na starość. Kiedy człowiek to sobie uświadamia zaczyna rozumieć ogrom odpowiedzialności, jaka nad nim ciąży.

Miała Pani jakieś oczekiwania, co do kariery Oli?
Zupełnie nie! Zresztą, Ola podlegała wystarczającej presji ze strony otoczenia. Przywykliśmy do stawiania wysokich wymagań przed politykami, ale nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele świat wymaga od ich dzieci i jak bardzo jest to dla nich bolesne. Kiedy córka zadecydowała o udziale w „Tańcu z Gwiazdami” natychmiast pojawiły się głosy sugerujące, że „załatwił jej to tatuś”. Mimo, że ostatecznie, to przecież widzowie za pomocą sms-ów wybierali zwycięzcę konkursu, wielu ludzi przypisywało mojemu mężowi moc wpływania nawet na wynik ostatecznego głosowania. Sam udział córki w programie był dla nas zresztą zaskakujący. Ze zdumieniem i radością obserwowaliśmy, jak nasze dziecko radzi sobie na parkiecie. Jednym słowem nie narzucamy jej żadnych własnych wymagań, co do jej wyborów i decyzji. Zresztą, nawet, kiedy próbuję zasugerować jej jakieś rozwiązanie, odnosi to niekiedy odwrotny skutek. Przez jakiś czas, starałam się na przykład namówić Olę, by otworzyła własny gabinet psychologiczny. Ona jednak stwierdziła, że zawód „kozetkowego” psychologa jej nie interesuje. Napisała pracę magisterską z psychologii sportu i podjęła bardzo wąską specjalizację zostając jedną z niewielu w Polsce, dekoderek napięcia mięśniowo-twarzowego. Jej pasją, podobnie jak wcześniej jej ojca, stało się także dziennikarstwo.

Czy było w Pani karierze coś, przed czym chciała Pani przestrzec córkę?
Niewątpliwie przestrzegałam ją przed popularnością. Wielu ludzi marzy o tym, by stać się osobą publiczną. Ja, natomiast, marzyłam nie raz, by móc zwyczajnie usiąść z książką w parku, wybrać się na koncert czy po prostu przespacerować się ulicami miasta. Ci, którzy pragną sławy, zwykle bardzo szybko zaczynają tego żałować.

Po wszystkim, co Pani powiedziała, to pytanie wydaje się zupełnie zbędne, pozwolę sobie jednak je zadać – jest Pani dumna z córki?
Ola stawia czoła wyzwaniom i trudnościom doskonale dając sobie z nimi radę. Niektórzy rodzice wymagają od swych dzieci bardzo wiele, dając im do zrozumienia, że nie satysfakcjonuje ich poświęcenie i wysiłek, jaki ich pociechy wkładają chociażby w naukę. My zawsze staraliśmy się pokazać Oli, jak bardzo jesteśmy z niej dumni. Zwłaszcza, gdy przeżywała ciężkie chwile, trudniejsze dni, mówiliśmy jej – Jesteś najlepsza, jesteś naszym czempionem. Pamiętajmy, że od dziecka można wymagać, ale najpierw trzeba je wyposażyć w te wszystkie instrumenty, które pozwolą mu te wymagania spełnić. W ten sposób możemy wychować naprawdę wspaniałego człowieka.


Rozmawiał: Kamil Całus

Zdjęcia:
1: TVN  Paweł Bąbała
2: TVN  Paweł Bąbała
3:
TVN Cezary Piwowarski


Aneta Prasał-Wiśniewska

Komentarze (0)

Zapisz sie do RRS feed tego komentarza

Napisz Komentarz

mniejszy | wiekszy

busy
 

Your are currently browsing this site with Internet Explorer 6 (IE6).

Your current web browser must be updated to version 7 of Internet Explorer (IE7) to take advantage of all of template's capabilities.

Why should I upgrade to Internet Explorer 7? Microsoft has redesigned Internet Explorer from the ground up, with better security, new capabilities, and a whole new interface. Many changes resulted from the feedback of millions of users who tested prerelease versions of the new browser. The most compelling reason to upgrade is the improved security. The Internet of today is not the Internet of five years ago. There are dangers that simply didn't exist back in 2001, when Internet Explorer 6 was released to the world. Internet Explorer 7 makes surfing the web fundamentally safer by offering greater protection against viruses, spyware, and other online risks.

Get free downloads for Internet Explorer 7, including recommended updates as they become available. To download Internet Explorer 7 in the language of your choice, please visit the Internet Explorer 7 worldwide page.