|
 Anna Walker
Wyjechała wiele lat temu z Polski, a teraz otwiera własne atelier na Warszawskiej Starej Ochocie. Projektantka mody Anna Walker przez ostatnie trzy dekady pracowała na rynku USA i Kanady. Jej kreacje królowały na przyjęciach organizowanych w Białym Domu, uroczystych bankietach, a także ekskluzywnych pokazach mody. Suknie jej projektu noszą zarówno prominentne damy, jak i zwyczajne kobiety podczas prywatnych przyjęć czy większych uroczystości.
O swoich losach emigracyjnych, powrocie do ojczyzny, a także o emocjach związanych z otwarciem atelier w Warszawie Anna Walker opowiada w rozmowie z Anną Barauskas-Makowską.
Młoda dziewczyna wyjeżdża z Polski do Nowego Jorku. Pełna obaw, czy uda jej się zrealizować marzenia na nowym kontynencie, postanawia rozpocząć naukę w Fashion Institute of Technology. Zanim jednak wyjechałaś do USA, wcześniej w Twoim życiu był „okres polski”.... Z modą jestem na Ty od dziecka. Moja mama zawsze szyła i właśnie od niej nauczyłam się tego rzemiosła. Jako mała dziewczynka byłam proszona o rady przez klientki mamy, ale później będąc nastolatką zaręczałam, że nigdy w życiu nikt nie zobaczy mnie z igłą w ręku. Jednakże szybko zmieniłam zdanie. Już w czasach studenckich dorabiałam sobie tworząc sukienki. Miałam prawdziwe pole do popisu, bowiem w owych czasach znalezienie czegoś ciekawego w sklepie było prawie nieosiągalne. I tak to się wszystko zaczęło. Kiedyś spakowałam do plecaka trzynaście własnoręcznie wykonanych sukienek, pojechałam do Sztokholmu, sprzedałam je, dzięki czemu mogłam tam spędzić miesiąc i jeszcze kupić bilet do Londynu.
Okazuje się, że mimo początkowej niechęci do projektowania mody, z czasem, jednak, obrałaś tę właśnie drogę zawodową… W czasie studiów szybko zorientowałam się, że mój wybór był wielkim nieporozumieniem. Nie rezygnując jednak z tytułu magistra ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego pozwoliłam, by wypłynęła ze mnie od dawna drzemiąca dusza artystyczna. Najlepszą formą wyrazu okazała się właśnie tkanina.
Czas Twojej kariery przypadający na okres, gdy mieszkałaś w Polsce, był zatem niezwykle istotny i stał się punktem wyjściowym do wszystkiego, co osiągnęłaś później. Ten okres polski dla mnie, jako projektantki, był bardzo ważny i jednocześnie niezwykle trudny. Były to czasy, gdzie nie miałam żadnych możliwości rozwijania swojego talentu. Moje sukienki sprzedawałam w Polsce na kompletnie wariackich papierach. Korzystając z tego, że moja Ciocia posiadała dokumenty rzemieślnicze, sprzedawałam swoje prace w butikach. Tak było przed emigracją i było mi ciężko. Zaczęłam myśleć o wyjeździe z Polski.
Zamiast cyferek i równań wybrałaś świat mody; świat, który – podejrzewam – zaprowadził Cię do Nowego Jorku, ale to tylko moje domysły. Powiedz, co tak naprawdę: ciekawość świata czy raczej marzenie o wielkiej karierze przywiodły Cię do tej niesamowitej metropolii? Marzenie o wielkiej karierze w ogóle mi się nie śniło! Absolutnie była to ciekawość świata. Ponadto zakochałam się. Jestem przekonana, że to nie tylko przypadek, ale właśnie ta ciekawość świata sprawiły, że spotkałam w Warszawie miłość mojego życia. Mój mąż jest artystą fotografikiem, wówczas miał wystawę w Starej Galerii. Właśnie miłość zabrała mnie do odległego Nowego Jorku. Wcześniej myślałam o emigracji, ale raczej do krajów Europy, planowałam wyjazd do Londynu, nigdy za wielką wodę. Było to czyste zrządzenie losu.
I skoro o emigracji mowa - jak wiemy początki niemal każdego emigranta nie należą do łatwych. Jak było w Twoim przypadku? Mój mąż jest Kanadyjczykiem, nie Amerykaninem, zatem zarówno ja, jak i on byliśmy w Stanach emigrantami. Ponadto mój ukochany był początkującym artystą, więc pierwsze kroki były doprawdy trudne. Emigracja była wyzwaniem, ale otworzyła też całkiem nowe możliwości. Rozpoczęłam studia w FIT. Jedną z największych niespodzianek od życia okazał się 20-sto dolarowy banknot, który otrzymałam w prezencie. Przeznaczyłam go na zakup kolorowych ścinków zamszu, z których zrobiłam kilka bluzek. Były to kolorystyczne kompozycje – collage. Udałam się z nimi do jednej z najlepszych galerii nowojorskiej na Soho. Był to czas tzw. Galleries of Wearable Art – Galerii Sztuki do Noszenia. Wzięto bluzki w komis i ku mojemu zadowoleniu sprzedano je bardzo szybko. Mogłam, więc kupić całe skóry, a więc mogły powstawać już nie tylko bluzki, ale i suknie. I tak zaczęła się moja przygoda z modą w Stanach. Zaprezentowałam swoje kreacje w świecie mody. Uczestnictwo w Prêt Show – targach przeznaczonych dla kupców okazało się olbrzymim sukcesem. 
A jak trafiłaś do Montrealu? To była kolejna trasa na szlaku świata mody, czy może serce wciąż gnało za ukochanym mężem – Kanadyjczykiem? Było to naturalną koleją losu. Wraz z mężem postanowiliśmy osiedlić się w jego rodzinnym mieście - Montrealu. Przynajmniej jedno z nas przestało być emigrantem… Zresztą i ja po latach przestałam być emigrantką i stałam się Kanadyjką, a teraz podróżuję bez przerwy pomiędzy Montrealem, Nowym Yorkiem, no i miastami Europy.
Na tym szlaku należy wpisać także Polskę, ale do Polski jeszcze powrócimy. Wcześniej jednak chciałam zapytać, czym kierujesz się, tworząc własne kolekcje, które są oryginalne i znacznie różnią się od kreacji projektantów amerykańskich? Kieruję się przede wszystkim tym, co jest we mnie. Kreowanie sukien jest dla mnie wyrazem artystycznym, wyrazem własnego ja – stąd te kreacje są indywidualne. Jestem zwolenniczką tzw. Slow Fashion. Nowe projekty wciąż powstają, one ewoluują, ale nie gonią za prześcigającymi się trendami. Zawsze byłam indywidualistką, lubiłam ubrać się oryginalnie, tak, więc moje kolekcje wyrażają mnie samą.
Twoje suknie, podobnie, jak Ty sama, podróżują po całym świecie. Noszone przez prominentne osoby królowały na oficjalnych bankietach organizowanych przez ambasady wielu krajów, obecne były nawet na wykwintnym przyjęciu w Białym Domu. Suknie ślubne Twojego projektu zdobią panny młode w najpiękniejszych kościołach Stanów Zjednoczonych. Do kogo szczególnie kierujesz swoje kolekcje? Mówiąc najbardziej lapidarnie – kieruję je do kobiet. To dla nich tworzę, to one są dla mnie najważniejsze. Gdy patrzę na kobietę, która przymierza suknię mojego projektu – to największą przyjemnością jest zobaczyć, gdy kobieta stojąc przed lustrem, zaczyna się do siebie uśmiechać, a później lekko poruszać, aż w końcu tańczy. Bo moje kreacje, szczególnie te wieczorowe są bardzo zwiewne i kobiece.
Realizujesz indywidualne zamówienia, a Twoje kreacje można spotkać w wielu prestiżowych butikach, również prowadzonych przez nasze rodaczki, tak jak to ma miejsce w Chicago, gdzie współpracujesz z Marią Węclewicz. Przede wszystkim sprzedaję do butików, a indywidualne zamówienia na moje projekty są zawsze realizowane poprzez sklepy, przynajmniej te w Stanach. W Polsce otworzyłam własne atelier, ale głównie dlatego, że w stolicy nie ma salonu, do którego mogłabym sprzedawać swoje kolekcje. Powrócę do znajomości z Marią Węclewicz. Poznałyśmy się na jednym z ekskluzywnych, nowojorskim Trade Show wiele lat temu. Pani Maria przyszła, aby obejrzeć kolekcję i do dziś sprzedaje moje suknie w swoim butiku Dimitra’s w Chicago.
Po odniesionych sukcesach w USA i Kanadzie postanowiłaś, już jako znana i ceniona projektantka, powrócić do Polski. Dlaczego właśnie teraz? Myślałam o powrocie zawsze. Często o tym mówiłam. Wybrałam ten moment właśnie teraz, gdyż uważam, że Polka jest gotowa na moje kolekcje. Kobieta w Polsce ma już za sobą okres budowania własnego biznesu, jest samodzielna, niezależna, bywająca w świecie, ma czas i środki, by zająć się sobą.
I jak zostałaś przyjęta przez rodaków w kraju? Myślę, że głównie z ciekawością, ale także z entuzjazmem. Mój pierwszy pokaz zorganizowany w moim prywatnym apartamencie na Starej Ochocie z założenia miał być bardzo kameralnym wydarzeniem, a ku mojemu miłemu zaskoczeniu, przybyło ponad sto osób, co odczytuję za sukces.
Bez wątpienia sukcesem było otwarcie Twojego atelier na Warszawskiej Starej Ochocie, co odbiło się ogromnym echem medialnym w Polsce. Czy masz już pierwsze zamówienia od mieszkanek stolicy? Mogę z dumą powiedzieć, że tak – mam już pierwsze zamówienia.
Trzymam kciuki, aby ta dobra passa wciąż się utrzymywała. Powiedz, jak różnią się gusta Polek od klientek amerykańskich? Amerykanka jest bardzo kolorową kobietą. Wracając wspomnieniami do moich pierwszych kroków stawianych w Nowym Jorku, to właśnie kolor obecny na ulicy uderzył mnie najbardziej. I ten kolor jest w życiu Amerykanki wszędzie. Kobieta w USA nie boi się założyć np. cytrynowej sukni na wieczór, a to dla Polki jest obce. Myślę, że tym właśnie różni się kobieta w Ameryce od tej w Polsce. Nie tak bardzo stylem, co przede wszystkim podejściem do koloru. Czy to oznacza, że powrót do Polski wymagał od Ciebie stworzenia specjalnych kolekcji, skierowanych szczególnie do odbiorcy europejskiego? Tak właśnie było. Moja nowa kolekcja została zaprojektowana specjalnie pod kątem Polek. Jest bardziej stonowana, klasyczna, pokazałam dużo czerni, ale odbiłam tę czerń jaskrawym kolorem. Ośmieliłam się pokazać Polce, że można odstąpić od utartych schematów. Nie zabrakło w tych kreacjach moich ulubionych cętek.
Myślę, jednak, że w przyszłości powinnaś zaryzykować i te amerykańskie trendy wprowadzić również do Polski, która w wielu dziedzinach, nie tylko, jeśli chodzi o modę, wzoruje się właśnie na Stanach Zjednoczonych. Pewnie tak zrobię. Zresztą moich amerykańskich modeli nie ukrywam i bywa, że właśnie one cieszą się uznaniem.
A jakie są Twoje kolejne plany? Czy po Nowym Jorku, Chicago, Montrealu i Warszawie przyjdzie czas na Paryż i Moskwę? Definitywnie tak. Mam wiele planów, ale jeszcze nie czas na ich ujawnienie. Poza tym nie są na tyle skonkretyzowane, by już o nich mówić.
Zatem cicho-sza, aby nie zapeszyć.
Aneta Prasał-Wiśniewska
 |