|
 Kasia Golombek
W słoneczny poranek, 13-tego czerwca 2009, w rodzinnej wiosce pani młodej rozbrzmiewają dzwony weselne. Dochodzą one z drewnianego, XV-wiecznego, niezwykle uroczego kościółka, położonego na niewielkim wzgórzu. Już za chwilę przy renesansowym ołtarzu stanie młoda, ładna Polka ze Śląska i nieco starszy od niej przystojny Niemiec, pochodzący z NRD. Tym razem złożą przysięgę małżeńską przed Bogiem. Słychać ciche rozmowy w różnych językach. Wśród gości weselnych gromadzą się krewni - rodacy państwa młodych, w tym 80-letni dziadkowie oraz przyjaciele z różnych stron świata: Włoch, Anglii, Francji... Prawie rok wcześniej, bo 18 czerwca, Kasia i Torsten zawarli ślub cywilny w Niemczech. A wydarzyło się to dokładnie w ich 4-tą rocznicę poznania się...
Zamiłowanie do języka Goethego Pewnie nie doszłoby do tego wydarzenia, gdyby przed 10 laty Kasia Golombek, świeżo upieczona wtedy maturzystka, podjęła studia germanistyczne na Uniwersytecie w Opolu. Świetnie zdała egzaminy wstępne, bo jak twierdzi, podeszła do nich na zupełnym luzie. - Ten kierunek studiów traktowałam całkowicie asekuracyjnie – przyznaje. - Równolegle złożyłam papiery na Uniwersytet Johanna Wolfganga von Goethego w Frankfurcie. Przystąpiłam do testu z języka niemieckiego i niecierpliwie czekałam na decyzję tamtejszych władz uczelnianych. Praktycznie od zawsze interesowała się tym językiem. Rodzice mieli pochodzenie niemieckie i posługiwali się nim płynnie. Formalnie jego naukę rozpoczęła w szkole podstawowej, ale już wkrótce zaczęła odnosić sukcesy w olimpiadach na różnych szczeblach. Wzięła również udział w konkursie organizowanym przez Dziennik Zachodni na artykuł na temat integracji europejskiej w języku wielkich poetów. No i wygrała kilkudniową wycieczkę do kraju swoich marzeń. - Po powrocie już dobrze wiedziałam, gdzie w przyszłości będę mieszkać i pracować – wspomina z uśmiechem.
Kwestia wyborów Wybierając się na studia w Niemczech, kierowałam się również myślą o tym, żeby odciążyć rodziców pod względem finansowym – wyjaśnia. - Niezależność była dla mnie bardzo ważną kwestią. Wiedziałam, że tam znajdę pracę i nie będę na tzw. garnuszku mamy i taty, jak większość moich koleżanek w Polsce. Otrzymała też pomoc socjalną w formie kredytu, z którego miała spłacić tylko połowę. W swoim kraju nie dostałaby stypendium, bo jak na tutejsze warunki, jej rodzice zarabiali zbyt dużo. Mieszkali w pięknym domu i posiadali gospodarstwo rolne. Kasia rozważała informatykę i ekonomię. Naukę rozpoczęła na wydziale - ekonomia społeczna. Jednak ogromna ilość studentów, dochodząca nawet do 600 na wykładach, które były przeprowadzane w olbrzymich salach, wyraźnie ją onieśmielała i raczej zniechęcała. Po pół roku przeniosła się na marketing i finanse na frankfurckiej politechnice – jak stwierdziła - o wiele ciekawszy kierunek, który na dodatek na tej uczelni był wykładany w znacznie mniejszych grupach. - Pracowałam już od pierwszego roku; najpierw, jako sekretarka w niewielkiej firmie komputerowej u mamy koleżanki, później w korporacji telekomunikacyjnej, aż trafiłam do Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych, gdzie zapuściłam korzenie w dziale sprzedaży międzynarodowej – opowiada z zaangażowaniem. - Zarobkowanie zajmowało mi w tamtym okresie 20 godzin tygodniowo. Kasia podkreśla, że w Niemczech akademicki system edukacji, nie tylko pozwala, a wręcz zachęca studentów, żeby zdobywali doświadczenie zawodowe. Bez niego, obawia się, że mogłaby nawet mieć problemy ze znalezieniem posady tuż po studiach. Praca przyniosła jej spełnienie też na innym polu...
Niespodziewana miłość Wzięłam kiedyś udział w tzw. spotkaniu integracyjnym, na który moja menadżerka i koleżanka zarazem zaprosiła ,,śmiesznego” kolegę ze studiów, jak go wtedy określiła – mówi żartobliwie. - Sama, z jakichś powodów, których już nie pamiętam, na nim sie jednak nie pojawiła, ale jej znajomy – tak! Torsten, jako bardzo atrakcyjny i niezmiernie otwarty młody mężczyzna, od razu wpadł Kasi w oko. Przegadali cały wieczór. Z czasem okazał się oddanym i troskliwym przyjacielem, towarzyszem podróży i wielką miłością. Dla niej, katoliczki, nie miał znaczenia nawet fakt, że Torsten jest ateistą. - Wspólnie zwiedzaliśmy Europę: oczywiście Niemcy, Hiszpanię, Francję, Anglię i nawiązywaliśmy nowe znajomości – zdradza. - Będąc na kursie języka angielskiego zatrzymałam się u przyjaciół Torstena w Yorku. Państwo Jackson często zapraszali młodzież akademicką na tzw. herbatkę. Sami mieli córkę i syna w tym wieku. Uwielbiali dyskusje na liczne tematy, również te kontrowersyjne, jak feminizm i rola kobiety w rodzinie. Cieszyli się, kiedy mogli je prowadzić z młodymi ludźmi z zagranicy. - Sami zaprzyjaźniliśmy się z rówieśnikami z innych krajów, np. z Włoch: z Robertą, Bernardem, Miriam. W Niemcach Kasia najbardziej ceni ich poszanowanie zasad i porządku, tak dosłownie i w przenośni, punktualność. - Chociaż mój mąż czasem się spóźnia – śmieje się rozbawiona. - Bardzo lubimy spędzać wspólnie czas. Obecnie głównie poświęcają go na urządzanie domu i uprawę ogródka, który kupili w Rotgau, pod Frankfurtem, i od tej pory stali się niemal nierozłączni. Często organizują w nim przyjęcia, realizując swoje wielkie hobby, którym jest radosne gotowanie z najbliższymi. Na święta jeżdżą zwykle do Polski. Natomiast całym okresem przedświątecznym zachwycają się w Niemczech. Podziwiają tamtejsze jarmarki i pięknie oświetlone ulice.
Wesele dwujęzyczne Kilka lat temu zostaliśmy zaproszeni na polter do kuzynki, czyli tłuczenie szkła na szczęście pary młodej. Mój kochany mąż do niedawna twierdził, że była to najlepsza impreza, na jakiej się do tej pory bawił – opowiada Kasia. – Chociaż nasz polter ją chyba pobił. Miejsce przyjęcie zostało zaplanowane na dworze. Od rana świeciło słońce, ale co jakiś czas każdy z przerażeniem spoglądał na niebo, sprawdzając czy prognozy burzowe się spełnią. Podwórko rodziców panny młodej zmieniło sie w wielki plac imprezowy. Ustawiono tam namioty, stoły, ławy, scenę do tańczenia, rollbar, grill, na którym skwierczał pieczony prosiak. Z każdą chwilą, począwszy od 16-tej, zbierało się coraz więcej gości i coraz więcej... śmieci, szkła i porcelany. - Nie liczyliśmy wszystkich, ale przypuszczamy, że przyszło ponad 100 osób – wspominają nowożeńcy. Tańce, tłuczenie i zbieranie szkła trwało do 3 rano. Wiele osób pojawiło się w zabawnych strojach – postaci z serialu - Rancho. Przyjechała też wielka ekipa traktorem, na masce którego siedziała Mariolka z mężem - przyjaciółka z lat szkolnych, która jeszcze bardziej rozkręciła całą imprezę. Stała się wodzirejem, moderatorem, po prostu wszystkim w jednej osobie. - Muszę przyznać, że zupełnie odwróciła od nas uwagę większości przybyłych, ale nie mam jej tego za złe, bo wszyscy sie świetnie bawili – podsumowuje Torsten, a Kasia dodaje: „Śmieszne, bo nasi niemieccy goście myśleli, że zatrudniliśmy ją, by nas tak zabawiała”. Jednak sam ślub i wesele w hotelu nad jeziorem okazało się jeszcze lepsze. Wszystko odbywało się w dwóch językach. - Nieźle się uśmiałam, gdy rano ubieraliśmy się z Torstenem na jednym piętrze i trzeba było się nieźle nagimnastykować, żeby nie wpaść na siebie – zgodnie z obowiązującą tradycją. Pani młoda stanęła u progu schodów i czekała cierpliwie na koniec ,,wywodzin”, czyli ,,sprzedaży” panny młodej. Jej brat spisywał się na medal, przeprowadzając rytuał w dwóch językach. W końcu Torsten położył na tacę kartę kredytowa, co strasznie ubawiło obserwatorów. - Wtedy mój braciszek przyszedł po mnie i zeszliśmy do holu, gdzie zebrali się już prawie wszyscy goście. Nagle usłyszałam wielkie kolektywne WOW. A ja widziałam tylko twarz Torstena, który stał niczym słup soli – Kasia napisała w swoich wspomnieniach ze ślubu. - Pocałowałam go i wzięłam bukiet, (w którym od razu się zakochałam - przeszedł moje najśmielsze oczekiwania). Szłam do pokoju na błogosławieństwo, a Torsten... dalej tkwił w jednym miejscu. Obróciłam się i zapytałam go czy chce tam zostać i dopiero wtedy do mnie podszedł. Uklękliśmy, a ja poprosiłam naszych rodziców o błogosławieństwo.”
Przyjaciółki i starostowie sprawili nowożeńcom ogromną niespodziankę, przygotowując dwujęzyczną gazetkę weselną. Umieścili w niej ich zdjęcia, historyjkę poznania się, wywiady itd. Na stole postawili skarbonkę, do której goście mogli wrzucać za nią opłaty. Para młoda jest przekonana, że będzie często wracać do jej lektury. Podczas mszy koleżanki czytały teksty i modlitwę powszechną na zmianę; po polsku i niemiecku, a organistka przepięknie grała wspólnie wybrane pieśni. Ksiądz ich zaskoczył, przeprowadzając całe zaślubiny po niemiecku. Kasia wcześniej uczyła Torstena wymawiać: CHCEMY, więc trochę był zdezorientowany. - Kiedy wymienialiśmy obrączki, a Torsten, patrząc na mnie z ogromną powagą wypowiadał słowa przysięgi, myślałam tylko o tym, jak bardzo go kocham – wzrusza się młoda kobieta. - Nigdy nie pomyślałabym, że dla mojego niewierzącego męża ten ślub stanie się takim przeżyciem i, że wszystko odbędzie się tak romantycznie i po prostu cudownie…
Ostatnie Boże Narodzenie Kasia i Torsten spędzili, jednak, w Niemczech, ale Kasia zrobiła wszystko, co w jej mocy, żeby przygotować taką samą kolację wigilijną, jaką zawsze miała w swoim polskim domu rodzinnym. Wszędzie pachniało żywą choinką i polskimi potrawami: czerwonym barszczem, rybami, makówkami, pierogami i, oczywiście, grochem z kapustą i grzybami.
TEKST: Beata Sekuła ZDJĘCIA: Mariusz Michałowski www.michalowski.net.pl
Aneta Prasał-Wiśniewska
 |